[Wiatr:] Mamy pełen bak, rozpędzimy furę Rozbijemy bank, powiedz mi co czujesz Przed nami wiele tras, Testarossa Muszę wrzucać szósty bieg, ciągle gonią mnie pragnienia, ej Worek, a w nim cash, schowam na tylnich siedzeniach Gdzieś jak w jakimś Tokyo Drift, bo lubią latać łukiem (latać łukiem) Jak w Tokyo Drift, tak tu lubią latać Test odmrażacza do szyb, mróz 10 stopni i wiatr, nie było możliwości drapania szyb, dlatego wjechałem do garazu i użyłem odmrażacza marki Autoland, niestety Różaniec - jak odmawiać Tajemnica Bolesna to modlitwa kontemplacyjna, podczas której rozważamy mękę i śmierć Jezusa. W tym artykule przedstawiamy krok po kroku, jak prawidłowo i z pożytkiem duchowym odmawiać tę część różańca. Słowa na wiatr nie będą mogły ranić mnie Słowa na wiatr nie będą mogły ranić mnie Słowa na wiatr nie będą mogły ranić mnie Słowa na wiatr nie będą mogły ranić mnie Ta, dajcie płytę roku, dajcie mixtape roku Wykonawcę roku dajcie i dajcie spokój Dla mnie to czas powrotu do regularnych zajęć Tekst piosenki . Miau… Namalował dziś na szybie Tajemniczy czarodziej Srebrne kwiaty, srebrne drzewa W srebrzystym ogrodzie Srebrne ptakii owady Srebrne kwiaty, srebrne liście Cały świat zaczarowany Iskrzy się srebrzyście Miau… Przyszedł mróz czarodziej Szron ma w siwej brodzie Sypnął śniegiem z kieszeni Cały świat odmienił Krem na wiatr i mróz Emolium Dermocare. Zabezpiecza skórę przez czynnikami zewnętrznymi jak: niskie temperatury, suche powietrze czy wiatr. Odbudowuje i wzmocnia naturalną barierę lipidową naskórka. Doskonale rozprowadza się na skórze, pozostawiając ochronny film zapobiegający przesuszeniu. Skóra jest natłuszczona i nawilżona Lr7HFqZ. III. Biły dzwony na pogrzebie Michała Żegoty, Każde uderzenie żelaznych, rozkołysanych serc posępną drgało żałobą, każde zamierało w konającym jęku. Test w mowie dzwonów dziwna właściwość. Raz łkają rzewnie, raz rwą się z rozpaczą, to znowu dźwięczą pogodną melodją pożegnania, lub płaczą ze smutku. Każdemu inaczej dzwonią, każdego innym głosem żegnają. Nie płakały dzwony na pogrzebie Michała Żegoty. I ludzie nie płakali. Uginały się ramiona pod ciężką, dębową trumną, pod nogami skrzypiał śnieg. Szli prędko, bo mróz był wielki i dął ostry północny wiatr. Nad grobem słów kilka powiedział ksiądz i krótkie mowy wygłosili minister Karczewski i poseł Kołkiewicz, który wraz z kilku innymi przybyli na pogrzeb z Warszawy. Przyjęciem gości zajmował się wyłącznie Dowmunt, gdyż Ewa czuła się tak osłabiona, że nie protestowała, gdy dr. Frumkin kazał jej zaraz po powrocie z cmentarza położyć się do łóżka. Przy obiedzie mówiono o zmarłym, cytowano jego powiedzonka, trochę wzdychano i pito dużo wódki. Później Andrzej musiał jednemu z przybyłych, redaktorowi Englowi, podać szczegóły z życia Żegoty do nekrologów. Przed wieczorem goście wyjechali na kolej i Andrzej zabrał się do czytania testamentu. Był to duży pakiet, zaadresowany na jego nazwisko i opatrzony lakowemi pieczęciami. Żegota wszystko co posiadał zapisywał Ewie i Jankowi. Majątek ich miał być administrowany przez Dowmunta, któremu testator udzielał wolnej ręki w sprawach lokaty. Dokument był sporządzony notarjalnie, co wykluczało wszelkie ewentualne kłopoty w kwestji opieki. Dla załatwienia wszanże formalności Andrzej musiał pojechać do Łucka. Dopiero w wagonie przeczytał trzy listy Marty. Pogodne były, ciche i czułe. Emanowały tą harmonją, w której zamykało się jej życie wewnętrzne, harmonją brzmiącą dziś dla niego niezrozumiale, obco, daleko, wplatającą się dysonansem w tragiczną jego rzeczywistość. Dziwnie małe i dziwnie śmieszne były dziś te monumentalne kolumnady, na których tak niedawno jeszcze oparł gmach swojej egzystencji. Przyszedł podmuch przeszłości i oto chwieją się, jak szałas z gałęzi, szałas koczownika, który tu tylko popasał w swej wędrówce. Czy tylko popadał?… Andrzej nie chciał patrzeć w przyszłość. Kurczowo trzymał się nakazów dnia dzisiejszego, drżąc na myśl, że jednak trzeba będzie spojrzeć dalej, że nie uniknie, konieczności jakiegoś postanowienia. Wiedział ponad wszelką wątpliwość, co dziś czynić należy. Wiedział, że musi zająć się zorganizowaniem życia wdowy i jej syna, że obowiązkiem jego jest zrobić to jak najlepiej, że trzeba rozejrzeć się w ich sprawach majątkowych i sprawdzić, czy lokaty są korzystne — słowem wiedział, że bez udziału wewnętrznych pobudek uczuciowych ma wyraźnie nakreślony plan działania. Pragnął tą świadomością zagłuszyć świadomość inną, świadomość odpowiedzialności przed Ewą, przed synem, przed Martą i najcięższej — przed sobą samym. Narazie pochłonęła go krzątanina. W Łucku był w sądzie, u rejenta i u adwokata, z którym omówił warunki wydzierżawienia Ostapówki, nazajutrz zabrał z gimnazjum dokumenty Janka. Dyrektor, nerwowy, szczupły blondyn z przesadnym entuzjazmem wyśpiewał całą serję peanów pochlebnych o zdolnościach i o charakterze chłopca. — Monolit, panie, monolit! — powtarzał co kilka zdań, a Dowmuntowi, chociaż zdawał sobie sprawę z egzaltacji pedagoga, było niezmiernie przyjemnie słuchać tych zachwytów. Spostrzegł, że sprawiają mu one taką radość, jakąby czuł, gdyby to o nim samym była mowa. Wyjeżdżając nazajutrz do Warszawy, na kilka godzin wpadł do Ostapówki. Ewa leżała jeszcze w łóżku. Od Janka dowiedział się, że jest bardzo osłabiona. Musiał jednak z nią się zobaczyć, by omówić kwestję mieszkania i szkoły, do której w stolicy chciałaby oddać chłopca. Pokój był cały błękitny. Przywitała go nikłym uśmiechem: — Właściwie mówiąc, nic mi nie jest i mogłabym wstać. Zaprotestował. Lepiej jest odpocząć, choćby tydzień, niż później ponosić przykre konsekwencje. Zresztą niema nic pilnego. Opowiedział, co załatwił w Łucku. Adwokat mówił że bardzo łatwo znajdzie dzierżawcę. Tymczasem może gospodarować ekonom. Co do Warszawy, Ewa nie miała żadnych życzeń. Będzie dobrze tak, jak Andrzej obmyśli. Znowu starannie unikali mówienia sobie po imieniu i nie schodzili z tematów praktycznych. Było to nad wyraz męczące dla obojga, tembardziej, że szybko się wyczerpały, a rozstać się było tak trudno. — Za dwa tygodnie w każdym razie mieszkanie będzie gotowe i można będzie przyjechać — powiedział Dowmunt i jednocześnie pomyślał, że dwa tygodnie to bardzo długi okres czasu. Zamienili jeszcze kilka zdań i Andrzej wstał. W milczeniu ucałował jej rękę… Małą podłużną rękę o atłasowej skórze… Jeszcze teraz, siedząc w sankach, czuł na wargach jej drżący dotyk. Nigdy w życiu nie widział rąk tak pięknych i tak plastyczną mających wymowę. Nigdy nie widział rąk, któreby subtelniej charakteryzowały usposobienie, charakter, zamiłowania i niemal każdą myśl, posiadającej je istoty. Nadbiegły porównania. Lena?… Marta?… Irka?… Inne?… Nie — żadna z nich. Ewa jest jak storczyk. Właśnie, jak storczyk. Leśny storczyk, wysmukły i skromny, pachnący mocno, odurzająco, ale nie tak natarczywie, jak tuberoza… Tak: jeżeli Ewa jest storczykiem, to Lena jest tuberozą, a Marta różą… Uśmiechnął się: — Bawię się w porównania sztubackie. Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Na stacjach stał tak długo, że można było sądzić, że wogóle dalej ruszyć nie zamierza. W wagonie było pusto. Dopiero na jakimś małym przystanku do przedziału Dowmunta wsiadł gruby Żyd, cierpiący na astmę. — Może panu szkodzi dym papierosa? — zapytał Dowmunt. — Bynajmniej. Pan będzie łaskaw. Ja sam palę. Tylko moja astma nie znosi zapachu żyta. Nawąchałem się i teraz mam atak. — Żyta? — zdziwił się Dowmunt. — Tak, proszę pana. Czego ja już nie robiłem. I do Berlina jeździłem leczyć się i do Holandji i do Szwajcarji i nie mogę pozbyć się tej idjosynkrazji mego organizmu do żyta. I to właśnie najśmieszniejsze, że do żyta. — Dlaczego najśmieszniejsze? — Bo ja jestem kupcem zbożowym. — Aha!… — Od dziecka robię w zbożu. — No i jakże interesy? — Źle — skrzywił się kupiec — ceny pod psem, a urodzaj zapowiada się na dobitek ogromny. — Tak pan sądzi? A z czego pan wnioskuje? — Z różnych rzeczy. Mam, proszę pana, praktykę. Czy po trzydziestu latach nie można mieć praktyki?… — A konkurencja nie dokucza? — Przepraszam pana, a skąd może być konkurencja? My sobie w zgodzie żyjemy. Jeden ma ten rejon, drugi — tamten. Skąd konkurencja? — Słyszałem, — zaryzykował Andrzej — że jakaś polska firma buduje elewatory i ma zamiar na wielką skalę handel zbożem prowadzić. Żyd uśmiechnął się dobrotliwie: — Proszę pana i ja słyszałem. Firma „Adrol“ No i co? — Konkurencja. — Co ja panu powiem? Widzi pan, w każdym interesie, czy to w rządzie, czy w polityce, czy w handlu, najważniejsze jest nie to, co się zamierza, tylko kto zamierza? Osoba! Człowiek! Rozumie pan? — Jego metody, jego psichołogja. — Słusznie. — Otóż, proszę pana, co jest „Adrol“? „Adrol” to jest sobie taki szlachcic kresowy, co w Ameryce dorobił się pieniędzy, taki półarystokrata — półszlachcic, pan Dowmunt. Prawda, on ma duże pieniądze, ale szlachta zawsze miała pieniądze, a niech pan powie, czy było choć pięciu takich szlachciców, co na handlu coś zarobili? Nie, bo taka ich psichołogja. Przepraszam pana, pan, widzę, też jest szlachcic, ale jest pan człowiek rozumny, a rozumny człowiek nigdy się nie obrazi, kiedy jemu powiedzą, że on ma wrodzony brak do tego, czy innego… — Ja się też nie obrażam. Bynajmniej. Ale dlaczego pan sądzi, że ten pan Dowmunt nie może zrobić dobrego interesu, skoro sam pan mówi, że w Ameryce dorobił się dużych pieniędzy? — Otóż to, dlatego, że w Ameryce. Ja się pana pytam, czy u nas jest taki stan ekonomiczeskij, jak w Ameryce? Czy u nas pieniądz jest taki tani, jak w Ameryce?… Nie, u nas wszystko jest zupełnie inaczej, niż w Ameryce. A jak zaczął ten pan Dowmunt?… On zaczął jak w Ameryce. On założył wielkie biura, on wynajął masę urzędników, on robi i w węglu, i w fabrykach, i na giełdzie, i w zbożu. On odrazu na wiele interesów rzucił pieniądze. Proszę pana, ja panu tak powiem: ja, dzięki Bogu, mam kilka miljonów rocznego obrotu. Dlaczego mnie może wystarczyć jeden pomocnik buchaltera, któremu ja płacę za parę godzin wieczorowych sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie? Dlaczego mnie może wystarczyć jedna maszynistka za sto złotych? Dlaczego moje biuro, to jest jeden pokój, z wejściem przez kuchnię? — Stary system. — Co znaczy stary? Dobry system, bo choć ja nie mam ani biur, ani samochodów, a powiadam panu, że nie znajdzie pan w Polsce takiego banku, coby mnie bez żadnego żyra pół miljona na pierwsze słowo nie dał. I w Berlinie pan nie znajdzie, i w Gdańsku, i w Wiedniu. Choć ja jestem sobie zwykły Jakób Klajnadel z ulicy Smoczej. Pytam się dlaczego? — Bo oni wiedzą, co ja zarabiam i że ja będę zarabiać. Bo ja muszę zarobić, bo ja muszę mieć największy zysk, jaki można tylko wyciągnąć z interesu. Nas, w Polsce, proszę pana, nie stać na amerykański system, my jeszcze przy łojówce musimy pracować, a nie przy elektryczności. I Żydzi to wiedzą. A co kładzie najlepsze interesy Polaków? — Kładzie to, że oni nie wiedzą. Oni pół kapitału pakują w założenie interesu, drugie pół zjadają koszty administracji, a na obrót, to pożyczać trzeba na lichwiarski procent. I za przeproszeniem, niech się pan rozejrzy, a zobaczy pan, że u nas wszyscy żyją nad stan. Może pan powie, dlaczego ja jadę pierwszą klasą, kiedy taniej byłaby trzecią? To ja panu powien, to tylko kalkulacja. Jak ja pojadę trzecią, to tam tłok i zaduch i ja potem przez dwa dni cierpię na astmę i nie mogę nic robić. Gdybym był zdrów, napewno nie byłoby mnie stać na pierwszą. Bo „stać“ to nie to, ile kto może na coś wydać. Może pan zna to żydowskie powiedzenie, że jak Żyd je kurę, to albo kura była chora, albo Żyd jest chory. Bo kura kosztuje sześć — siedem złotych, a śledź tylko pięćdziesiąt groszy. I to jest nasza psichołogja. — Ma pan dużo racji, — zażartował Dowmunt — ale czy to jest dobry system uczyć mnia, Polaka, jak należy robić interesy? A nuż z pańskich wskazówek skorzystam?… Twarz kupca rozszerzyła się w uśmiechu: — Nie skorzysta pan. — Dlaczegóżby nie? — Bo taka pańska psichołogja. — Naturę można przełamać. — Owszem, czasem możno. Ale co ja panu powiem: Mój jeden brat, to jest rabinem w Pińsku, mój drugi brat jest dyrektorem banku w Kopenhagen, mój trzeci brat jest profesorem Uniwersytetu w Jerozolimie. To oni są mądrzy i bardzo wykształceni ludzie. A ja jestem prosty człowiek i handluje zbożem… Ale jak mnie ten brat z Jerozolimy wytłumaczył, że wielki nasz uczony, Einstein, całą naukę wywrócił do góry nogami swoją teorją, że powiedział i udowodnił, że wszystko nie jest tak, jak do tej pory myśleli uczeni, tylko może być zupełnie coś innego, to ja zapytałem brata: a co może być? Co ten Einstein zamiast tego daje? …To brat powiada, że nic nie daje. To jak mój brat, ten z Kopenhagen, przyjechał w goście do tego rabina w Pińsku, to ja im to opowiadam. A mój brat, rabin, bardzo mądry człowiek, namyślił się i mówi: — Ty, Jakób, masz rację. My, Żydzi, mamy taką psichołogję, że nieprawdę zawsze znajdziemy, a nowej prawdy dać nie umiemy, bo nasz mózg jest kryticzny i negatiwny. Żaden prawdziwy Żyd nic nowego nie wymyśli, ale za to Żyd najlepiej każdą nową myśl rozwinie i wykorzysta. — Ja jestem nie uczony człowiek, ja tylko gimnazję skończyłem, ale tak sobie myślę, że mój brat, rabin piński, ma dobrą głowę. — Ale cóż to ma do handlu? — Co ma? Co ma mieć? Wszystko! Handel, to jest taka rzecz, gdzie trzeba mieć psichołogję krityczną i trzeba mieć wielką wytrzymałość, a nie trzeba nic nowego stwarzać. To znaczy, że handel jest akuratnie dla Żydów. Inne nacje, naprzykład słowianie, mogą dobre interesy robić na przemyśle, na rolnictwie, ale w handlu zawsze stracą, bo taka ich psichołogja. — Słowem, według pańskiej filozofji, każda rasa zgóry jest do czegoś przeznaczona i w swojej gałęzi może dojść do perfekcji, a wyjątków być nie może? — Dlaczego nie. Bywają. Ale tylko wyjątki. — No, a co pan powie o Żydach zasymilowanych, spolszczonych? Przecież u nas prawie cała gruba finansjera z Żydów się wywodzi? — Co ja powiem? Ja to powiem, że oni jeszcze są finansjerą. Ale ich dzieci, ich wnuki, to już nie będą finansjerą. Oni, doszedłszy do miljonów, zaczęli się wstydzić śledzia, a kura kosztuje sześć, albo siedem złotych. Oni zaczęli starać się przemienić w Polaków. Niektórym udało się, ale do handlu to już głowę stracili. A konstruktiwnej psichołogji nie nabrali. Dlatego ich dzieci już nie będą finansjerą. Kura codzień kosztuje siedem złotych, a w roku jest trzysta sześćdziesiąt pięć dni. — No dobrze, a czy nie obawiasz się pan, że i pańskie, dajmy na to, wnuki zechcą się zasymilować? — Jak taki jest porządek, czy nieporządek rzeczy, to co ja na to poradzę? Była już późna godzina i obaj wyciągnęli się na kanapach. Po chwili przedział napełnił się głębokiem stentorowem chrapaniem kupca. Dowmunt nie spał. Rozważał poglądy, które tylko co słyszał, a które uderzyły go swą trafnością. Zwłaszcza nurtowała go myśl, że „stać nas jeszcze tylko na łojówkę“ i że wyjątki bywają, a zatem „Adrol” musi być wyjątkiem. Pod czaszką zaczęły się przesuwać cyfry, pozycje, projekty, zaczęły się krzyżować sądy i wątpliwości, zaczął wyłaniać się w mglistych jeszcze zarysach plan rewizji przedsiębiorstwa, jego działalności, rewizji od podstaw. I nie — wiedział śpiący kupiec zbożowy, Jakób Klajnadel, że na niebezpieczny dla siebie grunt rzucił ziarna swoich spostrzeżeń, że w wagonie można spotkać człowieka, który potrafi nagjąć swoją „psichołogję“. Rytmiczny, leniwy stukat kół na spoidłach szyn wplótł się w rozważania Dowmunta, jak miarowy tykot metronomu, rozdzielał myśli, rozłamywał je na małe cząsteczki, rozbijał w nic nieznaczące sylaby… Z pod nich zaś wyjrzała ssąca, bolesna i słodka tęsknota. Tekst piosenki: To przyszło jak morza śpiew, słodki śpiew I łoskot fali, granie fal w krzyku mew Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Dzień, zwykły dzień, szary dzień snuje się Ulica wre, lecz słyszę, ktoś woła mnie Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Wiem, chciałeś, by inaczej było W kolejce dni, zwykłych dni Wiem, to nie ty, to twoja miłość Lecz dla mnie inny smak życie ma Nie dojdę dziś do twych rąk, do twych ust Dokoła mnie żegluje w noc Wielki Wóz Wielki wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Ach, uwierz mi, tak już jest, tak musi być Kto wszystko ma, ten nie ma nic, nie ma nic Tylko wiatr, słony wiatr, wiatr, słony wiatr Wiem, chciałeś, by inaczej było W kolejce dni, zwykłych dni Wiem, to nie ty, to twoja miłość Lecz dla mnie inny smak życie ma To przyszło jak morza śpiew, słodki śpiew I łoskot fali, granie fal w krzyku mew Woła mnie wielki wiatr, wiatr, słony wiatr Wiatr, wielki wiatr, wiatr, słony wiatr (x2) Szanowny Kliencie, z uwagi na znaczny wzrost zainteresowania ofertą drogerii internetowej informujemy, że czas realizacji zamówień wysyłkowych może ulec że dokładamy wszelkich starań, aby zamówienia realizowane były w możliwie jak najkrótszym za niedogodności i prosimy o wyrozumiałość dla zespołu WIERSZEWYBRANE 1940 – 42 *BACZYŃSKI Ukochanej mojej Basieńce Krzysztof Baczyński. dn. 15 / lutego / 1942 r. I Część Lasem. Chodzę lasem, zostawiam nie ślady lecz tropy i sapię w wązkiej norze oddechem włochatym. Czy to prawda, że żyłem rybą przed potopem i że jestem dziś wilkiem kochającym kwiaty? Jakże płyną te sosny? sierść ma zapach ostry. Patrzę wam prosto w oczy, a krok mój jest wiekiem. Gdzie las się kończy nagle fioletowym ostem myśliwy z psem,który też był kiedyś człowiekiem. listopad 40r. Pod nieba dłoniastą palmą nie daj mi chodzić samotnie Agni. Otwórz rzeki, a sosny krzykiem z ognia i wiosny podpal i nagnij. W jakie zimy prowadzisz, jakich kolęd słuchać śmiertelnych? Otom jest syn wygnany z ziemi niepoznanej niewiernej. Obce mi niebo czarne i białe zawieszasz nad czas samotny, oceany z kamienia, w które się przemieniam jak w lodach okręt. Nad dniem ostatnim stawiasz mi długie, woskowe świec rzędy, które są stare drzewa, kiedy w portów brzegach rżą argonauckie okręty. Odbierz mi ziemię, miłość rozumną oderwij i porwij z posród umarłych rzeczy, gdzie dojrzewa wieczór o woni morwy. Daj mi konia o Agni z żółtych, strasznych płomieni i białych, bo oto spadam owoc w grób ziemi pod sobą dojrzały. 3 grudzień 40 r. Żal. Pozcinano drzewa światowidom, ścięto głowy buntom dziecięcym, bo nie przyjdą anioły z ptasich puchów, nie przyjdą. Oto nóż szafotów do chleba. Cóż więcej? Zatroskane madonny mdleją jakbyś podniósł ziemi upiorną powiekę więc żal mi, żal, bo świat to żal za utraconym człowiekiem. luty 41 Wydęte karawelle o żaglach z czerwonych motyli pachnące cynamonem, pieprzem i imbirem upływają po morzach mosiężnych, a wtyle delfiny ciągną jak antyczne liry. Jacyż na rufach zdobywcy odlani z płynnego złota w pieśniach wysmukłych jak skrzypce z puszystym wejrzeniem kota. A zawsze tak sam daleko dzwonią na widnokręgu maleńkie archipelagi, które dosięgnąć ręką. Tam w wyspach małych jak uśmiech przez dżungle tygrysiej trawy wędrują złote strusie i szyldkretowe żyrafy. W różowym hamaku wybrzeża koń purpurowy gna, a z dziupli zagląda w pejzaż maleńki, induski strach. Kto ten krajobraz zbudował na wiotkim cieniu zamyśleń, nad trąbką wiatru wydymał policzki wezbrane jak wisnie. Oto zwrotniki płonące jak złoto-czerwone piekło. Maleńkie archipelagi zawsze tak samo daleko. Strzelały race gwiazd w przestrzeń wydętą i ślepą, spadały księżyce napłask do dna stopionego w srebro Spiewały ryby skrzydlate pieśni przejrzyste i szklane kiedy w wyblakłe rano okręt upływał nad światem. Oto legenda marzeń śmiesznych ptaków ze snu. Nocą to tylko żeglarze płyną na dziwny łów: Patrzeć, patrzeć na niebo smutku, nad drzewo odarte historji. Tam białe trupy zdobywców herosów zastygłych w orion. Tam tylko w hamaku plaży dziewczynki z miedzi kołyszą pieśni zgubionych żeglarzy zarosłych czasem i ciszą. 21 luty 41 Danowi synowi Toma. Z psem. 1. We dwu przyjacielu, przez las po jasnych pętlach dróg, poprzez polany biegnące napłask we dwu przyjacielu, we dwu. Masz twarz obrosłą, masz twarz jak ogień jeleni natchnionych przez grom. Pędzą przed nami zdumione drogi z obłoków, z liści, z wszystkich stron. Las to także jest dno pod powierzchnią zamkniętą wiatru. Bije burz magnetycznych batóg, gdy w muzykę płyniemy i światło jak dziecinny, grający bąk. 2. Gdzie ta droga przystaje? — powiedz. Rwą dziecięce koniki w śmierć. Biją mokre po deszczu gałęzie świerkowe w twoją wzniesioną jak trawa sierść, w moją płonącą gwiazdami głowę i w nasz nieludzki rytm jak wiersz. We dwu przyjacielu, we dwu w uroczysku brzęczących godzin wytropimy zielony cud drugich narodzin. Przez ten płomień roztartych mchów, poprzez liście drgających nut kwitnie zwierząt rogaty oset. Coraz dalej, przyjacielu, we dwu zatrzymamy na krawędzi snu drętwiejące nogi bose. Powrócimy przyjacielu we dwu zamyśleni tak głęboko w smutek tamtych nut, w ten najwyższy z zielonych tonów, że spóźnimy się o wszystkie pory roku na zmącony życia wodopój jak na wieczerzę do domu. Kirszek 9 sierpień 41r. Magia. Dym układa się w gryfy, postaci i konie nad rozlewanym ogniem, a on czesząc grzywy żółtych płomieni woła: przez gwiazdy zielone zaklinam cię demonie, Aharbalu przybądź. Wtedy przez pustą ramę portretu wychodzi duch ogromny szeleszcząc od niebieskich iskier i staje u pułapu jak wstrzymany pocisk naprężonych obłoków i unosi wszystkie rozlane dymy w sobie. Wtedy on zbielały porywany przez ciszę, trojony przez cienie Aharbalu — zaklina — przez ten dym stężały, Aharbalu — zaklina — przynieś jej wspomnienie. Więc w suchym blasku iskier rośnie łuk różowy piersi wygiętych twardo, ust rozwartych koncha, podłużne liście powiek. Wtedy z jego głowy odrzuconej w odległość wypływają oczy jakby łzy, w których widać odwrócony obraz coraz mniejszy; i płacze: o siostro niedobra! a już ona jak kamień — rozpuszcza się w nocy. 15 październik 41r. II. Część Krzyż. Za tych — co batem scięte liście, za tych — co ptaki z wosku lane, tych — co im krew znużeniem tryśnie i tych — co wbici cieniem w ścianę i za zwierzęta konające, którym powoli oczy bledną — — chciałbyś odrzucić Bogu — życie, umrzeć raz drugi jak zbawiciel; ale zawarty tobie upływ krwi, i związane ręce w supły, bo ty nie twórczym niepokojem, a tylko, że się patrzeć boisz. 25 listopad 41r. Z szopką. Górą białe konie przeszły, trop dymiący w kłębach stanął. W gwiazdach płonąc cicho trzeszczy wigilijne siano. Z poza gór czy zponad ziemi anioł biały? kruchy mróz? starcy w niebo nachyleni? Anioł biały szopkę niósł. • Zamknąć tak — to ironicznie — w daszek gwiazdom pobielany płomień wieków i człowieka w tekturowe cztery ściany. Zamknąć tak — to z odległości — w dwie figurki — czarną, białą rozdeptanych epok kości i spalone żądzą ciało. • W naprężone kusze burz anioł biały szopkę niósł. • A figurki w męce gasnąc coraz słabły, zanikały w napowietrzną gwiazdy jasność, tekturowo — popielały. Śmiał się anioł pół-uśmiechem z ich uporu, a nie grzechu, że tak jedni, choć ich stu. • Anioł biały szopkę niósł. • Aż na grudzie stopą lekką stanął niby mgłą i skałą i koślawe, głodem ścięte ujrzał w grudę wbite — ciało, żeber czarnych łuki spięte, poskręcane rydle rąk, brzuch jak bęben życia wzdęty, brzuch zsiniały, brzuch jak tłok i zawrócił. W nieba plusk poczerniałą szopkę niósł. 2 grudzień Bóg jest śniegiem — on ziemię połączy z niebem nakształt liści milczących, które z drzewa ostatecznych zamilczeń szczerzą oczy pół boskie — pół wilcze. Bo tak świecić jak on — ciemnością, tworzyć razem błądzenie i kościół jest nieznane. Tylko ci co najdalej w kręgach białych jego twarz poznali. • Jesteś w śniegu, a śnieg oburącz ogarnąwszy — co w nim zobaczysz dotykalne spadnie ciały kulą i żywymi oczami zapłacze. Ty w nim ręki skinieniem drążąc różowawe ciała kobiet wywołasz, róg danieli, ptaki jak mosiądz szybujące w gotyckich kościołach. I pomników zamyślenie wieczne, kanonierów o lawety wspartych, których dawno śnieg wchłonął i przestrzeń, pokolenia idące, a martwe. A gdy urny ziemi zadymią, będą śniegiem bez legend i imion. • Taki w blasku niby, a w ciemności stojąc, płynąc nie znasz odległości, bo co w tobie — za tobą dąży, co najdalej — to łoża drąży wgłąb spojrzenia, a ziemia w tobie mrze w kolebce, zaczyna się w grobie. Ziemią pocznij — odpowie obłokiem, pocznij śniegiem — ziemią odpowie. Więc ty w gwieździe się pocznij wysokiej przejdź człowiekiem i sznurami owiec, przejdź morzami jak syn człowieczy zgiń piorunem i wrzawą mieczy wieczny będziesz — czy się zmienisz w słowo, czy w grobowce, czy w zielony owoc. • / Kulig / Tobie cóż jeszcze? Sań ptaszęcy trzepot z miast kamiennych nawet wyfrunie, bo wiosłując ramionami przez niebo zaczniesz w ciszy, skończysz w piorunie. Może ptaki, nie liście, może sen, może dzieci puszyste jak len — poprzez kręgi śniegowe prą w puklach blasku, w zamęcie rąk. To w mamutów galopie, w nagłych łyskach ich kłów w lustrach zbudzić się przyjdzie, czy w grobie na łów gwiazd pędząc miły, na gwiazd łów. Noce, dnie obok sanny prą, jędrne słońca i komet bąk — to w zdumienia, to w cienie snów, na łów gwiazd towarzyszu, na łów. • My czy w gospodzie, na dróg zakręgu, czy w ciemności staniemy nakoniec? Przeżegnamy się drzewem, czy ręką? Staną gwiazdy parując jak konie. I rozżarzą się polana w kominie — błękitnawe, purpurowe kolumny, a ten kamień wielki jak niebo, a te drwa jak płonące trumny będą zwolna jak róże złote przekwitały, rozwijały płomienie, aż się staną jak niegdyś — potem, ludzką krwią i ludzkim kamieniem. I w szkielety czarne zapatrzeni powrócimy spowrotem do ziemi. Tylko śnieg co jest Bóg i rzeczy płynność, co nad ciszę i nad krew niewinną elementy spopielałe połączy z niebem — nakształt liści milczących. 8 grudzień 41r. Dzień sądu. Każdy dzień jest dniem sądu bez kary jak w niepamięć idące pożary niewidzialny — na ziemi — nisko, niechwytany przepala wszystko. Chociaż dzwonią owoce w uśmiechach i świątynie wzrastają na grzechach, chociaż młodość wytryska i starość każdy dzień jest dniem sądu bez kary. A kto nagle na mchach zobaczy jakieś tropy jak łuny rozpaczy i w marmurze, czy ptaku rozpozna, że stanęła ziemia nieostrożna zadrży prochem, zadymi pożarem w nim zobaczy dzień sądu bez kary. grudzień 41r.„Zato i rycerz nie lada gwałtownik, lecz ów co czeka...” ( Bohater. On w wielości stoi pośród rzeczy, które rosną w potwornej przemianie, pośród roślin przezroczystych mieczy, pośród zwierząt, ludzi, a poznanie będzie obce mu, by trudniej było wielość formy połączyć w miłość. Więc się mienić będą i brunatnieć z złotych formach dojrzałe oczy, to obłoki będą dnem się toczyć, dnem tych spojrzeń, by nie było łatwiej snów od ludzi, kamieni od rąk porozróżniać, a gradu od trąb. A ten, który przeciw niemu zawoła o swej sile i wstrząśnie owadem wszechmałości — przejdzie w apostoła przemartwiały swej słabości jadem i ze strachu potęgę głoszący w pięści zmienić chce gwiazdy i słońce. On w wielości stoi. Wśród kaskady tryskającej mleczem i tonami, a nie spadnie choć poryty gradem i nie wiedząc, gdzie koniec — nie skłamie. Ani w bojach zjednoczy się w ogień, ani w ludziach nie przystanie z trwogi. I nie wiedząc choć otchłań zobaczy i nie wierząc w wiarę, która depcze czuciem światła łącząc przez powietrze tak gwiazdami i łzami zapłacze. Ręce kładąc prosto w tęczę tonu sklepi ziemię z niebem nakształt domu. Będzie człowiek w ludziach, zieleń w ziemi nad wiekami trwający ciemnymi. 28 styczeń 42r. Serce. Serce jest ptak biały z drzew białych nieoderwany ptak — jak owoc niedojrzały, jak nieznajomość potęg, które w kolebach ziemi kołysały trwogę i miłość nim w ciało stężały, nim się nie stały młotem. A teraz młot, a nad nim cóż, gdy bije o ziemie lodowate, o serca niczyje cóż nad nim? Serce ptak biały z drzew nieoderwany karmiony krwią z Chrystusa pięciorany wzejdzie, czy spadnie? Serce ptak biały — nocą lot rozwija jak wstęgę, albo skrzydła jak kolumny wbija w ciemność, czy światło? A kiedy ptakom — ptakiem, ludziom — wiosłem sobie jest tylko śpiewem niedorosłe to już odgadłe. 12 luty 42r. on 30 października, 2013 • Tu gdzie szarą wiklinę iskrami stroi słońce, zaś wiatr ptakami; tu gdzie Wisła jak synogarlica grucha falą płynąc do księżyca; tu gdzie z dębu jemioła migotliwa silnie złoci się, gdy dnia przybywa, tu mój dom, w nim kos mój gwiżdże, drze się, jakby nadal był w wesołym lesie; tu mój czas jak syren włos schwytany, tu te lampy razem z instrumentami, tu łzy moje i architektura, cień od łez i promień z mrocznej szpary; tutaj wszystkie moje gałęzie i konary, pośród których odpoczywam jak chmura. A ty jesteś dezerter. A ty jesteś zdrajca. Okiem zdrajcy patrzysz na Rawennę, na mozaik kamyczki promienne, potem piórem, ręką dezertera chciałbyś myślom swym kształt nadać trwały – ale oto litery powstały i splunęły ci w pysk. Wierszyk umiera. A tyś myślał, że ci będzie lepiej, a tyś myślał, że lutnia to sklepik, z którym można koczować przez bruki – byle tylko chleb i piżama – tak, mój panie, nowojorski kramarz rozumuje na temat sztuki. Uch, przebolałem ja tę sprawę, jakby mnie batem bili, klnę się na matkę i Warszawę, że to mnie jeszcze boli; a ja sądziłem: minie, przejdzie, że jakoś ból wypielę – a ty mi ciągle z dna pamięci wypływasz jak topielec – topielca wiatr i strach przegania, topielec spływa w nocy z martwą maszyną do pisania, zdziwiony, że nie tworzy. Nie tak, bratku, zrobił Kochanowski: on też jeździł, ale tutaj trwał – i wyciągnął swoje gałęzie aż po flagę czerwoną dni naszych – i pozłocił swe liściaste zgłoski wielkim światłem Południa i Wschodu; nie zamienił Polski na walizkę – i dlatego świeci tak jak laur, tak jak Morze Śródziemne, wstążka modra w złotych włosach kontynentu. Lasy moje olsztyńskie, jeziora mazurskie, sianokosy i śniegi, co je dzik zakrwawia, dziękuję wam za wszystko i pięknie pozdrawiam. Od Węgorzowa po Wiartel, od Ełku do Ostródy witam sikorki w brzasku, na sosnach dzięcioły i w lutym, choć mróz trzaska, kwitnące jemioły. Pokłon wam biję, chmurki, i wam, chyże pagórki, żeście mi ułożyły rękę do pisania i strunę odnalazłem, co srebrnie podzwania. Bo to jest właśnie ona, to jest ta srebrna struna, podług niej zdania stroję, by gwarzyły razem, by z robotnikiem zrosły się i z krajobrazem. A ty jesteś dezerter. A ty jesteś zdrajca, mrok – pleśń – strach – Architektur świetliste drżenia jak w myśl i światło rozrosła złota gałązka, róże z Pestum – które znam tylko ze słyszenia (opowiadała mi o nich Anna Żeromska); i ten gwarny blask oklep na chmurze, i ten laur, co go zefir rusza – i Rawenna, i znowu róże (takie same jak za Owidiusza) i fontanny rzymskie, i ich woda, Palermo i Taormina: cały ten kram chętnie oddam za jeden liść polskiego dzikiego wina. Trzeba tylko schylić się, liść podjąć, ziemię i horyzont, razem! w górę! aż ten ostry żwir stęknie melodią, w dali wiatr zaćwierka mazurkiem, aż pieśń buchnie ze zbóż i maszyny, aż tu błysną one Taorminy jakby dęby złote, gadające ciągle jedno słowo: słońce! słońce! aż się w tobie spotkają na wieki: twoja pieśń i robotnik, jak dwie rzeki. Oto nasza myśl szopenowska – oto nasza warta stalinowska. Truman światła nie zgasi nam; warta! warta! warta dniem i nocą: u Notre-Dame i u koncertów Bacha. Jak pancernik płynę. Pójdę! Dojdę! Ze mną Schiller z odą ‚An die Freude”. Szerzej okna! Świat otwieraj! Wierszu mój, ognia! W pysk dezertera! Flagę do góry! Pracę! Pieśni! W słońce, o którym Michelangelo nie śnił. Dla waszych dzieci, dla naszej ziemi, ludzie prości, skarbów strzeżemy. Czas roziskrzymy. Pięść zaciśniemy. Strzeżemy. I ustrzeżemy. Kategorie:PoezjaTagi: Gałczyński, Soclit

wielki mróz i ostry wiatr tekst